Magiczna Wyprawa do Schwarzwald
10:33 • 11 Mei 2026
Pewnego słonecznego ranka, kiedy niebo było idealnie błękitne, mały podróżnik o imieniu Krzyś znalazł w swoim ogrodzie coś niezwykłego. Między krzakami róż lśniła dziwna, zielona brama utkana z mgły i liści. Obok niej unosił się Debug – mały, cyfrowy smok, który radośnie machał ogonem.
— Krzyś! Spójrz! To portal do der Wald, czyli lasu! — zawołał Debug. — Ale to nie jest zwykły las. To miejsce, w którym rośliny i zwierzęta mówią po niemiecku. Jeśli chcesz przejść na drugą stronę, musisz poznać ich imiona.
Krzyś, choć trochę przejęty, pewnie postawił krok naprzód. Gdy tylko przeszedł przez bramę, poczuł zapach żywicy i świeżej ziemi. Wokół niego rozpościerał się potężny, gęsty las. Wszystko wydawało się ogromne i bardzo zielone. Debug natychmiast wskazał na wysokie drzewo o grubym pniu.
— To jest der Baum — szepnął smok. — Drzewo, które pamięta setki lat. Widzisz te liście? Są grün, czyli zielone! To najważniejszy kolor w tym lesie.
Nagle, spod kępy paproci wyskoczyło małe zwierzątko z długimi uszami. Zatrzymało się tuż przed butami Krzysia i zaczęło poruszać noskiem.
— Hallo! — pisnęło stworzonko.
— To jest der Hase, czyli zając — wyjaśnił Debug. — On szuka czegoś na śniadanie.
Zając wskazał łapką na niebo. Słońce, które wcześniej tak mocno świeciło, nagle schowało się za puszystą chmurą.
— Die Sonne zniknęła — zauważył Krzyś, powtarzając nowe słowo.
— Tak, słońce poszło odpocząć, bo nadchodzi der Regen — deszcz! — ostrzegł Debug, gdy pierwsza chłodna kropla spadła na nos chłopca.
Krzyś wiedział, że musi znaleźć schronienie, ale las stawał się coraz bardziej tajemniczy. W oddali usłyszał pukanie. Stuk-puk! Stuk-puk! To nie był deszcz, to był ktoś, kto mieszkał wysoko w koronach drzew. Czy to przyjaciel, czy może strażnik lasu, który nie lubi gości?
Pukanie, które słyszał Krzyś, stawało się coraz głośniejsze, aż nagle zza grubego dębu wyłoniła się wysoka postać. Nie był to jednak żaden potwór, lecz der Förster — leśniczy. Ale nie wyglądał on jak zwykli strażnicy parku. Miał na sobie wspaniały, książęcy mundur myśliwski w kolorze głębokiej zieleni, ozdobiony lśniącymi, złotymi guzikami, na których wyryto wzory szyszek i liści dębu.
Na głowie leśniczego spoczywał elegancki kapelusz z piórkiem, a przez ramię przewieszona była skórzana torba, która wyglądała, jakby mogła pomieścić cały świat. Leśniczy uśmiechnął się ciepło, a jego oczy błyszczały jak dwa szmaragdy.
— Guten Tag! — zawołał donośnym, ale przyjaznym głosem. — Witam w moim królestwie. Jestem Strażnikiem Złotej Kniei. Czy to wy rozmawialiście z moim przyjacielem zającem?
Krzyś ukłonił się nisko, pod wrażeniem pięknego munduru.
— Dzień dobry, panie leśniczy! — odpowiedział chłopiec. — Szukamy drogi przez las, ale die Sonne się schowała i zaczął padać der Regen.
Leśniczy pokiwał głową i wyciągnął z kieszeni munduru starą, mosiężną mapę.
— Ten las jest pełen zagadek, młody podróżniku. Mój mundur nie jest tylko na pokaz — te złote guziki to magiczne klucze. Każdy z nich otwiera inną ścieżkę. Ale żeby przejść dalej, musisz pomóc mi odnaleźć zagubione das Reh, czyli sarenkę, która przestraszyła się burzy.
Debug, mały smok, natychmiast wyświetlił hologram lasu.
— Widzę ślady! — pisnął smok. — Prowadzą w stronę Starego Wąwozu albo w stronę Kryształowego Potoku. Gdzie powinniśmy pójść, Krzysiu?
Leśniczy poprawił swój książęcy płaszcz i czekał na decyzję chłopca. Wiedział, że każda z tych dróg nauczy Krzysia czegoś nowego o tym magicznym miejscu. Las szumiał, jakby chciał coś podpowiedzieć, a deszcz powoli przestawał padać, ustępując miejsca tajemniczej mgle.
Droga do potoku prowadziła przez miękki, puszysty mech, który tłumił kroki. Leśniczy szedł dumnie, a jego złote guziki lśniły nawet w cieniu wielkich paproci.
— Słyszysz to, Krzysiu? — zapytał der Förster, zatrzymując się nagle. — To śpiew das Wasser, czyli wody. Jesteśmy blisko.
Nagle las się rozrzedził i oczom podróżników ukazał się der Kristallbach — Kryształowy Potok. Woda w nim nie była zwyczajna; mieniła się wszystkimi kolorami tęczy i wydawała dźwięki przypominające delikatne dzwoneczki. Na brzegu, tuż przy kępie błękitnych kwiatów, stała mała, drżąca sarenka.
— Spójrzcie! To jest das Reh! — szepnął Debug, wyłączając swój głośny silniczek, by nie wystraszyć zwierzątka.
Sarenka miała wielkie, ciemne oczy i białe kropki na grzbiecie. Wyglądała na bardzo smutną. Leśniczy przyklęknął na jedno kolano, a jego książęcy mundur zaszeleścił cicho.
— Ona zgubiła swoją mamę podczas deszczu — wyjaśnił cicho leśniczy. — Aby ją pocieszyć i przywołać mamę sarnę, musimy użyć magii słów i dźwięku. Musimy zaśpiewać pieśń lasu.
Krzyś podszedł bliżej. Poczuł, że w tym momencie to on musi być odważny. Leśniczy podał mu mały, srebrny flet, który wyciągnął z ukrytej kieszeni swojego munduru.
— Zagraj trzy nuty, a ja wypowiem zaklęcie — poprosił strażnik.
Kiedy Krzyś dmuchnął w flet, z instrumentu wyleciały świetliste nutki, które zaczęły tańczyć nad wodą. Sarenka podniosła głowę i po raz pierwszy przestała się trząść.
Nagle z drugiej strony potoku, z gęstej mgły, zaczęły wyłaniać się kolejne postacie. Ale to nie była tylko mama sarenka. To były leśne duszki, które pilnowały przejścia do serca lasu. Czy pozwolą Krzysiowi i Leśniczemu przejść dalej, czy może będą chcieli sprawdzić, czy chłopiec naprawdę kocha przyrodę?
Gdy tylko sarenka odnalazła swoją mamę, mgła nad potokiem zaczęła wirować, tworząc świetlisty tunel. Pan Leśniczy uśmiechnął się szeroko, a jego złote guziki rozbłysły jasnym światłem.
— Spójrz, Krzysiu! — zawołał, wskazując ręką w stronę wzgórza. — Oto das Jagdschloss, czyli Pałac Myśliwych!
Z gęstwiny drzew wyłoniła się budowla, która zapierała dech w piersiach. Pałac był zbudowany z ciemnego drewna i białego kamienia, a jego liczne wieżyczki sięgały chmur. Na szczycie każdej z nich powiewały flagi z wizerunkami zwierząt. Przed wejściem stały dwa ogromne, złote posągi jeleni, które zdawały się kłaniać przybyszom.
— To tutaj zbierają się wszyscy strażnicy przyrody — wyjaśnił der Förster. — W tym pałacu zapisane są wszystkie historie lasu. Każdy, kto uratuje choć jedno zwierzę, zostaje zaproszony na wielką ucztę.
Krzyś, Debug i Leśniczy weszli po szerokich schodach. Wewnątrz pałacu płonął wielki kominek, a ściany ozdobione były mapami gwiazd i lasów. Na środku sali stał długi stół uginający się od pyszności: jagód, miodu i świeżego chleba.
— Willkommen! — rozległy się głosy innych strażników, którzy również nosili piękne mundury.
— Witajcie! — odpowiedział dumnie Krzyś.
Podczas uczty Pan Leśniczy wręczył Krzysiowi mały, złoty medal w kształcie liścia dębu.
— Stałeś się przyjacielem lasu — powiedział uroczyście. — Teraz znasz już magiczne słowa: der Wald, der Baum i das Reh. Pamiętaj o nich, a portal do naszej krainy zawsze będzie dla Ciebie otwarty.
Nagle Debug zauważył, że jego magiczny kontroler zaczyna wibrować. To był znak, że czas wracać do domu. Krzyś pożegnał się z nowymi przyjaciółmi, czując, że ta przygoda na zawsze zmieniła jego spojrzenie na każde drzewo w ogrodzie. Gdy przeszedł przez bramę, znów był u siebie, ale w kieszeni wciąż czuł chłód złotego medalu.
Gdy mgła opadła całkowicie, Krzyś zobaczył, że budowla przed nimi wcale nie przypomina zamku z bajek o rycerzach. Był to das Jagdschloss — mały, parterowy pałac myśliwski, który emanował spokojem i powagą. Nie miał wysokich wież ani strzelistych dachów. Zamiast tego, jego front zdobiły potężne, białe die Säulen — kolumny, które podtrzymywały elegancki gzyms.
Największe wrażenie zrobiły jednak na Krzysiu dwa posągi spoczywające po obu stronach szerokich schodów. Były to die Löwen — lwy. Wykute z jasnego kamienia, z dumnie uniesionymi głowami, zdawały się pilnować wejścia do tego niezwykłego miejsca. Ich kamienne grzywy wyglądały tak prawdziwie, jakby za chwilę miały poruszyć się na wietrze.
— Ten styl nazywamy klasycznym — szepnął Pan Leśniczy, poprawiając swój lśniący mundur. — Tutaj nie liczy się wysokość wież, ale harmonia i siła. Lwy symbolizują odwagę, którą wykazałeś się, ratując sarenkę. Kolumny zaś to symbol wytrwałości.
Krzyś podszedł do jednego z lwów i nieśmiało dotknął jego zimnej łapy. W tym momencie oczy posągu rozbłysły delikatnym, złotym światłem, a drzwi pałacu otworzyły się same, zapraszając gości do środka. Wewnątrz nie było wielkich sal balowych, lecz przytulne pokoje wypełnione zapachami ziół i starych ksiąg o przyrodzie.
— To tutaj kończy się Twoja pierwsza lekcja, Krzysiu — powiedział Leśniczy, wręczając mu pamiątkowy klucz z symbolem lwa. — Pamiętaj, że prawdziwa siła nie zawsze musi być głośna i wysoka jak wieża. Czasem kryje się w spokoju kolumn i mądrości lwów.
Debug zamigał radośnie na zielono, otwierając portal powrotny. Krzyś wiedział, że ten mały pałac z kolumnami na zawsze pozostanie w jego pamięci jako miejsce, gdzie nauczył się szacunku do lasu i jego strażników.
Kiedy drzwi między kolumnami otworzyły się szerzej, Krzyś i Debug oniemieli z zachwytu. Wewnątrz małego pałacu kryła się ogromna, lśniąca der Ballsaal — sala balowa! Podłoga była ułożona z ciemnego drewna, a ze sufitu zwisały kryształowe żyrandole, które rzucały na ściany tysiące małych tęcz.
Nagle rozległ się dźwięk srebrnego dzwonka i do sali wkroczył der Chefkoch — szef kuchni w wysokiej, śnieżnobiałej czapce. Pchał przed sobą złoty wózek, na którym spoczywało ogromne danie pod srebrną przykrywką.
— Panie i Panowie! — zawołał kucharz. — Na cześć naszego gościa, Krzysia, przygotowałem specjalnego zająca!
Krzyś poczuł, jak serce mu mocniej bije. Czy to możliwe, by zjedli jego przyjaciela, der Hase, którego spotkał rano? Debug aż schował się za plecy chłopca. Szef kuchni z szerokim uśmiechem podniósł pokrywę i... wszyscy odetchnęli z ulgą, a potem wybuchnęli śmiechem!
To nie był prawdziwy zając. To był der Kuchen — gigantyczne ciasto upieczone w kształcie zająca! Miało uszy z czekolady, puszyste futerko z bitej śmietany i oczy z błyszczących jagód.
— W naszym lesie kochamy zwierzęta, więc jemy je tylko w formie słodkich wypieków! — wyjaśnił leśniczy, klepiąc Krzysia po ramieniu.
Uczta była wspaniała. Krzyś dostał największy kawałek czekoladowego ucha. Podczas jedzenia, lwy z zewnątrz zaczęły cicho mruczeć, a ich mruczenie zamieniło się w piękną muzykę, do której leśnicy w swoich zielonych mundurach zaczęli tańczyć. To był najszczęśliwszy dzień w całej podróży Krzysia przez portale.
Każdy trzyma swą przyłbicę.
Szef kuchni niesie danie główne,
Lecz to ciasto jest cudowne!
Uszy z cukru, nos z wisienki,
To są lasu smakołyki.
Zając Hase jest radosny,
Czeka z nami aż do wiosny!
Zaledwie goście spróbowali czekoladowego zająca, drzwi do kuchni otworzyły się z hukiem po raz kolejny. Tym razem zapach był zupełnie inny — korzenny, leśny i niezwykle apetyczny.
— A teraz danie godne samego księcia! — ogłosił dumnie der Chefkoch. — Oto wjeżdża pieczony schab z sarny!
Krzyś spojrzał niepewnie na Pana Leśniczego, pamiętając o małej sarence, którą uratowali przy potoku. Jednak leśniczy tylko mrugnął do niego porozumiewawczo. Gdy kelnerzy postawili półmisek na stole, okazało się, że to kolejna kulinarna sztuczka!
— W naszym pałacu nic nie jest tym, czym się wydaje — zaśmiał się kucharz. — To der Braten wykonany z najszlachetniejszych leśnych grzybów, orzechów i ziół, uformowany tak misternie, że oszukałby nawet króla!
Danie było udekorowane gałązkami jałowca i polane sosem z dzikiej żurawiny, który lśnił jak rubiny. Każdy kęs smakował jak jesienny poranek w lesie. Debug, choć jest robotycznym smokiem, udawał, że oblizuje się z zachwytu, wyświetlając nad stołem małe, cyfrowe serduszka.
Nagle, gdy Krzyś spróbował kawałka pieczeni, poczuł, że nabiera niezwykłej siły. Jego buty zaczęły lekko unosić się nad podłogą sali balowej.
— To magia leśnych składników! — zawołał Pan Leśniczy w swoim zielonym mundurze. — Kto je nasze potrawy, ten zyskuje lekkość wiatru i zwinność sarny!
Cała sala balowa wypełniła się radosnym gwarem. Lwy pilnujące wejścia za oknem zaryczały cicho z aprobatą, a kolumny pałacu zdawały się pulsować ciepłym światłem w rytm muzyki. Krzyś wiedział, że ta uczta to nie tylko jedzenie, ale wielkie święto przyjaźni między ludźmi a naturą.
Sala balowa wypełniła się niesamowitym aromatem, gdy do środka wmaszerowała cała procesja kucharzy. Na srebrnych tacy wjechały kolejne potrawy, o których Krzyś nawet nie śnił!
— Patrzcie! To das Zicklein, czyli pieczeń z kozy, oraz rumiane das Ferkel — pieczone prosię! — ogłosił Szef Kuchni, kłaniając się nisko.
Krzyś przecierał oczy ze zdumienia. Prosię miało w pyszczku złote jabłko, a jego skórka lśniła, jakby była posypana gwiezdnym pyłem. Ale pamiętając poprzednie dania, chłopiec wiedział już, że w tym pałacu z kolumnami nic nie jest zwyczajne. Gdy tylko Pan Leśniczy dotknął pieczeni swoją laską, potrawy zaczęły... śpiewać! Okazało się, że to mistrzowskie kompozycje z warzyw, chleba i magicznych przypraw, które smakowały lepiej niż cokolwiek na świecie.
A potem nadszedł czas na die Kuchen — ciasta! Na stół wjechały piętrowe torty przypominające leśne pagórki, bezy białe jak śnieg na szczytach gór i pierniczki w kształcie małych lwów, takich samych jak te, które pilnowały wejścia do pałacu.
— Każde ciasto daje inną moc — szepnął der Förster. — Jedno pozwala rozumieć mowę ptaków, inne sprawia, że Twoje sny będą kolorowe jak tęcza.
Krzyś spróbował kawałka miodowego ciasta i nagle poczuł, że zna imiona wszystkich drzew w lesie. Debug w tym czasie próbował złapać latające nad stołem cukrowe gwiazdki. Atmosfera była tak radosna, że nawet kamienne lwy przed pałacem zaczęły radośnie pomrukiwać, co było słychać aż w sali balowej. To była prawdziwa uczta przyjaźni, gdzie każdy czuł się jak król.
Stoją półmiski w królewskim zespole.
Jest pieczone prosię i koza rumiana,
Uczta przez wszystkich jest wychwalana!
A na deser ciasta, torty i pierniki,
To są Szefa Kuchni tajne sztuczki-magiki.
Zjedz kawałek tortu, poczuj siłę lwa,
Niech ta piękna chwila wiecznie trwa!
Nagle gwar rozmów ucichł, a ciężkie dębowe drzwi sali balowej otworzyły się na oścież. Do środka wszedł wysoki, postawny mężczyzna. Nie miał na sobie zielonego stroju leśnika, lecz lśniący, granatowy mundur wojskowy ze złotymi epoletami na ramionach i rzędem błyszczących medali na piersi.
— To Książę Rudolf — szepnął z przejęciem Pan Leśniczy, kłaniając się nisko. — Syn samego wielkiego Franza! To on jest panem tego pałacu i opiekunem wszystkich tutejszych ziem.
Książę Rudolf kroczył pewnym krokiem przez środek sali, a stukot jego oficerek odbijał się echem od białych kolumn. Mimo surowego munduru, na jego twarzy malował się łagodny uśmiech. Zatrzymał się tuż przed Krzysiem i Debugiem.
— Słyszałem o Twoich czynach, młody podróżniku — powiedział głębokim, spokojnym głosem. — Mój ojciec, Franz, zawsze powtarzał, że prawdziwego bohatera poznaje się po tym, jak traktuje mniejszych od siebie. Ratując sarenkę, udowodniłeś, że masz serce godne rycerza.
Książę wyciągnął dłoń w białej rękawiczce i wskazał na zastawiony stół.
— Cieszę się, że smakują Ci nasze potrawy. Szef kuchni przygotował je według starych receptur mojego rodu. Czy wiesz, że te kamienne lwy przed wejściem to dar dla mojego ojca za uratowanie lasu przed wielką burzą?
Krzysiu poczuł wielką dumę. Rozmowa z synem Franza była jak dotknięcie żywej historii. Książę Rudolf zdjął jeden ze swoich mniejszych orderów i przypiął go do swetra chłopca.
— Niech ten znak przypomina Ci o Pałacu Myśliwych i o tym, że odwaga i dobroć zawsze idą w parze.
W sali balowej zapanowała cisza tak głęboka, że słychać było tylko trzaskanie ognia w kominku. Książę Rudolf wyprostował się i stanął na baczność. Z głębi korytarza, oświetlony blaskiem świec, nadszedł on — Franz, ojciec Rudolfa i dziadek wszystkich mieszkańców tego magicznego królestwa.
Był to starszy pan z imponującą, gęstą białą brodą, która sięgała mu niemal do połowy piersi. Wyglądał niezwykle dostojnie w swoim białym mundurku, który lśnił czystością. Przez ramię miał przewieszoną szeroką, czerwoną szarfę, symbol najwyższej władzy i odwagi. Choć był sędziwy, jego oczy błyszczały młodzieńczą energią i mądrością.
— Witaj w moich skromnych progach, Krzysiu — powiedział Franz, a jego głos brzmiał jak szum starych dębów. — Widzę, że mój syn Rudolf już cię ugościł. Ten pałac może i nie ma wież, ale jego kolumny trzymają się na prawdzie, a lwy strzegą pokoju.
Dziadek Franz podszedł do stołu i spojrzał na ucztę. Uśmiechnął się na widok ciasta w kształcie zająca.
— Dobrze, że pamiętacie o tradycji. W moich czasach uczyliśmy się, że las to nasz dom, a każde zwierzę to brat. Ty, Krzysiu, uratowałeś sarenkę, a to znaczy, że jesteś teraz częścią naszej rodziny.
Nagle Franz wyciągnął zza czerwonej szarfy małą, złotą lunetę.
— Spójrz przez nią na kolumny — szepnął. Gdy Krzyś przyłożył lunetę do oka, zobaczył, że białe kolumny nie są z kamienia, lecz z zastygłego światła gwiazd, które chroni las przed ciemnością. To był największy sekret dziadka Franza.
Gdy wydawało się, że uczta nie może być już bardziej uroczysta, na szczycie schodów pojawiła się Mama. Cała sala balowa wstrzymała oddech. Jej strój był tak niezwykły, że nawet biskupi, którzy przybyli na ucztę w swoich purpurowych szatach, zaczęli szeptać między sobą, że taką piękność musiał wyczarować sam Bóg.
Mama miała na sobie wymyślny kapelusz ozdobiony piórami rzadkich ptaków, a pod szyją starannie zawiązany krawat, który dodawał jej powagi. Jej talia była podkreślona przez skórzany gorset, misternie zdobiony tłoczeniami w kształcie liści dębu. Jednak to, co najbardziej przyciągało wzrok, to jej krynolina. Suknia była tak ogromna i tak lśniąca, jakby utkano ją z płynnego srebra i blasku księżyca. Przy każdym kroku materiał mienił się tysiącem barw, oświetlając białe kolumny pałacu.
— Wyglądasz olśniewająco — powiedział dziadek Franz, całując ją w rękę. Mama uśmiechnęła się do Krzysia, a jej oczy promieniały ciepłem.
— W tym pałacu każda nitka mojej sukni opowiada historię o miłości i opiece nad naturą — wyjaśniła cicho. — Biskupi widzą w tym cud, ale to serce sprawia, że wszystko wokół nas zaczyna błyszczeć.
Debug podleciał blisko krynoliny i zauważył, że w jej fałdach ukryte są małe, żywe dzwoneczki, które dzwoniły cichutko przy każdym ruchu Mamy. Ta muzyka sprawiała, że wszyscy goście czuli się lekko i radośnie. Nawet lwy na zewnątrz zaczęły nucić tę samą melodię. Krzyś zrozumiał, że rodzina Franza i Rudolfa to nie tylko władcy, ale strażnicy najpiękniejszych tajemnic świata.
Kroczy z uśmiechem przez pałacowe kolumny.
Krawat wiązany, krynolina lśni,
To najpiękniejsze z naszych wspólnych dni!
Biskupi patrzą, modlą się z cicha,
Bo w tej sukience niebiański duch czyha.
Bóg ją wyczarował z gwiazd i ze słońca,
By nasza radość nie miała dziś końca!
Gdy tylko Mama postawiła stopę na środku sali, orkiestra ukryta na balkonie zaczęła grać najpiękniejszego walca, jakiego świat słyszał. Książę Rudolf skłonił się przed Mamą, ale ona, ku zaskoczeniu wszystkich, wyciągnęła rękę do Krzysia.
— Czy potowarzysz mi w tym tańcu, mały rycerzu? — zapytała z uśmiechem.
Kiedy Krzyś ujął dłoń Mamy, poczuł, że jej skórzany gorset emanuje ciepłem, a błyszcząca krynolina zaczyna wirować tak szybko, że wokół nich utworzył się świetlisty krąg. Biskupi podnieśli ręce w geście błogosławieństwa, a dziadek Franz uderzył swoją laską o podłogę. W tym momencie białe kolumny pałacu zaczęły zmieniać kolory — od błękitu nieba po głęboką zieleń lasu.
— Widzisz, Krzysiu? — szepnęła Mama podczas obrotu. — Ten pałac żyje dzięki naszej wyobraźni i dobroci. Każdy kęs pieczonego prosięcia, każdy uśmiech Rudolfa i każda opowieść dziadka Franza budują ten świat.
Nagle ściany sali balowej stały się przezroczyste. Krzyś zobaczył, że na zewnątrz kamienne lwy ożyły i zaczęły tańczyć na trawniku pod okiem księżyca. Sarenka, którą uratowali wcześniej, zaglądała przez wielkie okno, a jej oczy lśniły jak diamenty.
W kulminacyjnym momencie tańca, wymyślny kapelusz Mamy wypuścił w górę setki małych, świetlistych motyli. Debug latał między nimi, próbując policzyć każdy skrzydełko.
— Pamiętaj o tym dniu — powiedział uroczyście Franz, podchodząc do tańczących. — Pałac Myśliwych zawsze będzie Twoim domem, dopóki w Twoim sercu mieszka odwaga i miłość do przyrody.
Muzyka zaczęła powoli cichnąć, a blask krynoliny stał się łagodniejszy. Krzyś poczuł, że ta przygoda zbliża się do ważnego momentu, w którym będzie musiał zdecydować, co zabierze ze sobą z tego magicznego miejsca do świata snów.
Kiedy muzyka w sali balowej ucichła, dziadek Franz położył rękę na ramieniu Krzysia i zaprowadził go do wielkiego wyjścia. Przed schodami, pilnowanymi przez dumne lwy, stała zaprzężona w dwa białe konie wspaniała bryczka. Jej koła były pomalowane na złoto, a siedzenia wyłożone miękkim, czerwonym aksamitem.
Jednak to, co najbardziej zaciekawiło Krzysia, to lśniący napis na bocznych drzwiach powozu. Widniały tam dwie wielkie, ozdobne litery: C.K..
— Co one oznaczają? — zapytał chłopiec, mrużąc oczy od blasku słońca odbijającego się od lakieru.
— To skrót od Cesarsko-Królewski — wyjaśnił z dumą Książę Rudolf, który właśnie wyszedł za nimi, poprawiając swój granatowy mundur. — To znak, że ta bryczka należy do naszej rodziny i służy do najważniejszych podróży po całym królestwie. Tylko ci, którzy mają odwagę lwa i serce czyste jak źródlana woda, mogą nią podróżować.
Mama w swojej błyszczącej krynolinie wsiadła pierwsza, a jej suknia zajęła niemal całą szerokość powozu. Biskupi stali na schodach, machając chusteczkami na pożegnanie.
— Ta bryczka nie jeździ po zwykłych drogach — szepnął dziadek Franz, mrugając okiem. — Ona porusza się po ścieżkach wyznaczonych przez gwiazdy i marzenia. Litery C.K. to klucz, który otwiera bramy między światami.
Debug wskoczył na dach bryczki, udając małego masztalerza. Konie niecierpliwie zastukały kopytami o bruk. Krzyś poczuł, że czeka go teraz podróż, która pokaże mu całe królestwo z lotu ptaka, a litery na bryczce będą go chronić przed każdym złem.
Gdy tylko Krzyś zamknął drzwiczki bryczki z dumnym napisem C.K., poczuł dziwne mrowienie w brzuchu. Białe konie nie ruszyły kłusem po bruku, lecz zaczęły galopować prosto w górę, po niewidzialnych schodach z powietrza!
— Patrz, Krzysiu! — zawołała Mama, poprawiając swój wymyślny kapelusz, który mimo pędu wiatru trzymał się mocno jej głowy. — Pałac Myśliwych robi się coraz mniejszy!
Z okien złotej bryczki rozpościerał się widok, który zapierał dech w piersiach. Cały las Schwarzwald wyglądał z góry jak ogromny, puszysty dywan utkany z tysiąca odcieni zieleni. Białe kolumny pałacu lśniły w dole niczym małe świeczki, a kamienne lwy wydawały się teraz wielkości mrówek.
— To jest moc cesarskiego traktu! — krzyknął Książę Rudolf, który siedział naprzeciwko nich, trzymając dłoń na rękojeści swojej szabli. — Litery C.K. na drzwiach oznaczają, że grawitacja nas nie dotyczy!
Nagle bryczka wleciała w sam środek puszystej, białej chmury. Ale to nie była zwykła chmura — pachniała watą cukrową i wanilią, dokładnie tak jak ciasta Szefa Kuchni. Debug, siedząc na dachu, zaczął łapać chmurowe kłębuszki i przesyłać je do środka przez uchylone okno.
— Krzysiu, spójrz tam! — wskazała Mama. Na horyzoncie, między dwoma najwyższymi szczytami gór, ukazała się brama wykonana z czystego kryształu. — To tam Dziadek Franz ukrył największy skarb królestwa. Tylko my możemy go otworzyć.
Konie zarżały radośnie, a ich grzywy zaczęły świecić na złoto. Bryczka przyspieszyła, zostawiając za sobą smugę gwiezdnego pyłu. Krzyś czuł, że jest częścią czegoś wielkiego, a order, który przypiął mu Rudolf, pulsował delikatnym, niebieskim światłem, wskazując drogę do kryształowej bramy.
Złota bryczka z literami C.K. (Cesarsko-Królewska, czyli Kaiserlich und Königlich) nie leciała w chmurach, lecz toczyła się dostojnie po brukowanych ulicach Wiednia, zmierzając prosto pod bramy Hofburga. To tutaj, w samym sercu Imperium, zapadały najważniejsze decyzje dla wielu narodów.
Krzysiu, ubrany teraz w elegancki, historyczny garnitur, wysiadł z powozu. Obok niego stała Mama, której suknia z krynoliną i ciasno sznurowany gorset były idealnie dopasowane do surowej etykiety dworskiej. Nie było tu magii, ale był ogromny przepych i duma. Na schodach czekał na nich sam Cesarz Franz Joseph w swoim nienagannym, białym mundurze z czerwoną szarfą. Jego słynne baki były starannie uczesane, a spojrzenie poważne, lecz pełne szacunku.
— Witajcie w moich skromnych progach — powiedział Cesarz, prowadząc ich przez amfiladę komnat. — Być częścią Imperium to wielka odpowiedzialność. Każdy order na mojej piersi i każda kolumna w tym pałacu to symbol porządku i tradycji, którą budowali moi przodkowie przez wieki.
Krzysiu przyglądał się ogromnym portretom Marii Teresy i innych władców z dynastii Habsburgów. Dowiedział się, że litery C.K. można spotkać wszędzie: na urzędach, na poczcie, a nawet na guzikach munduru Księcia Rudolfa. To nie była bajka, to była potęga państwa, które łączyło różne kultury pod jednym berłem. W sali audiencyjnej biskupi w purpurach rozmawiali o sprawach państwowych, a zapach pieczonych mięs z kuchni przypominał o wielkich ucztach, które naprawdę miały tu miejsce.
Podróż rozpoczęła się w Bawarii, w zacisznym i surowym Pałacu Myśliwych, otoczonym gęstymi lasami. To tam Krzyś, wraz z Księciem Rudolfem i doświadczonym leśniczym, spędzał czas na obserwowaniu natury. Leśniczy, ubrany w tradycyjny zielony strój, uczył Krzysia, jak rozpoznawać ślady zwierząt i szanować dary lasu, które były tak ważne dla dworu.
Jednak obowiązki państwowe wzywały. Przed pałac zajechała ciężka, solidna bryczka z wyraźnym emblematem C.K.. Pożegnali bawarskie knieje i ruszyli w długą drogę do Wiednia. Książę Rudolf przez całą drogę opowiadał Krzysiowi o tym, jak wielkie jest Imperium i jak wiele narodów musi ze sobą współpracować, by wszystko działało jak szwajcarski zegarek.
Gdy w końcu dotarli do Hofburga, potężnej zimowej rezydencji Habsburgów, widok zapierał dech w piersiach. Nie było tu już leśnej ciszy, lecz stukot kopyt o bruk, odgłosy musztry gwardzistów i powaga cesarskiego dworu. Dziadek Franz czekał na nich na dziedzińcu. Choć kochał polowania w Bawarii, tutaj był przede wszystkim surowym władcą w swoim białym mundurze.
— Przywieźliście ze sobą zapach lasu — powiedział Franz, witając Krzysia i leśniczego. — To dobrze. Nawet w sercu wielkiego miasta, w murach Hofburga, musimy pamiętać o naszych korzeniach. Rudolfie, mam nadzieję, że pokazałeś Krzysiowi, jak zarządzać dobrami koronnymi.
Krzyś przeszedł przez wielkie bramy, czując ciężar historii tego miejsca. Każdy korytarz Hofburga był pełen urzędników i dyplomatów, a litery C.K. przypominały na każdym kroku, że właśnie znaleźli się w centrum dowodzenia ogromnym państwem.
Ptak o wolności radosnej śpiewa.
Lecz obowiązek wzywa do drogi,
By przekroczyć Hofburga progi.
Leśniczy w zieleni, Rudolf w mundurze,
Jadą w C.K. bryczce ku wielkiej kulturze.
Wiedeń ich wita gwarem i blaskiem,
Cesarz ich przyjmie z wielkim oklaskiem.
Gdy wielkie, dębowe drzwi Sali Tronowej otworzyły się z głośnym skrzypnięciem, Krzyś poczuł, że bierze udział w czymś niezwykle ważnym. Cesarz Franz Joseph stał przy oknie, patrząc na dziedziniec, gdzie gwardziści właśnie zmieniali wartę. Gdy się odwrócił, jego twarz była skupiona.
— Krzysiu, Rudolfie, leśniczy — zaczął Cesarz, wskazując na wielką mapę rozłożoną na stole. — Sprowadziłem was z Bawarii, bo potrzebuję raportu o stanie naszych lasów. Imperium to nie tylko pałace i złoto, ale przede wszystkim ziemia, która nas karmi. Leśniczy, opowiedz o tym, co widzieliście w górach.
Leśniczy, choć onieśmielony blaskiem kryształowych żyrandoli, wyprostował się dumnie i opowiedział o nowych sadzonkach dębów i o tym, jak zwierzyna ma się dobrze pod opieką Księcia Rudolfa. Mama Krzysia, stojąc obok w swojej lśniącej krynolinie, z uwagą słuchała każdego słowa. Wiedziała, że w tym świecie każda decyzja Cesarza ma ogromne znaczenie.
Nagle Cesarz podszedł do Krzysia i położył mu rękę na ramieniu.
— Ty, młody człowieku, widziałeś obie strony naszego świata: dziką naturę Bawarii i porządek Wiednia. Chcę, abyś pomógł Rudolfowi przygotować wielką wystawę leśną tutaj, w Hofburgu. Pokażemy wszystkim mieszkańcom stolicy, jak piękne jest nasze Imperium poza murami miasta.
Krzyś poczuł dumę. To nie była zabawa, to było prawdziwe zadanie od samego Cesarza! Książę Rudolf uśmiechnął się do niego porozumiewawczo. Wiedzieli, że czeka ich mnóstwo pracy, by przenieść cząstkę bawarskiego lasu do kamiennych sal pałacu.
Właśnie gdy Cesarz Franz Joseph omawiał plany wystawy, ciężkie drzwi korytarza otworzyły się i do sali wszedł żołnierz, który wyglądał zupełnie inaczej niż gwardziści w lśniących pancerzach. Miał na sobie obcisłe spodnie do jazdy konnej, które nosiły ślady pyłu z dalekiej drogi, oraz ciężkie, solidne trzewiki budowlane, idealne do pracy w trudnym terenie.
Jego szara marynarka była zapięta pod samą szyję, a na głowie miał prostą czapkę z daszkiem, którą zdjął natychmiast, gdy zobaczył Cesarza i Księcia Rudolfa. Stanął na baczność, a stukot jego ciężkich butów odbił się echem od marmurowych ścian Hofburga.
— Najjaśniejszy Panie! — zameldował głosem niskim i zmęczonym. — Przybywam z placu budowy nowej linii kolejowej, która ma połączyć nasze bawarskie lasy z samym sercem Wiednia.
Mama Krzysia spojrzała z zaciekawieniem na żołnierza. Jego strój świadczył o tym, że nie spędza czasu na balach, ale tam, gdzie buduje się potęga techniczna Imperium.
— To jeden z moich zaufanych inżynierów polowych — wyjaśnił Rudolf, podchodząc do przybysza. — Te trzewiki i szara marynarka to znak, że praca wre. Bez kolei nasza wystawa leśna nie dotrze do stolicy na czas.
Żołnierz wyciągnął zwinięty plan i rozłożył go przed Krzysiem. Na papierze widniały skomplikowane linie i pieczęcie C.K..
— Mamy problem na przełęczy — szepnął żołnierz. — Skały są twardsze, niż myśleliśmy. Potrzebujemy kogoś o bystrym wzroku, kto pomoże nam wyznaczyć nową ścieżkę dla żelaznego konia.
Przychodzi żołnierz, co w pracy pomoże.
Spodnie do jazdy i buty ze stali,
By wielkie góry wspólnie skruszali.
Czapkę zdejmuje przed tronem nisko,
Budowa kolei to wielkie igrzysko.
C.K. na planach, pot na obliczu,
To nowa era w cesarskim dziedzictwu!
Po spotkaniu z żołnierzem-inżynierem, Książę Rudolf uznał, że nadszedł czas na oficjalną przemianę Krzysia. — Nie możesz iść na cesarskie pokoje w stroju podróżnym, mój drogi — powiedział z uśmiechem. Zaprowadził Krzysia i Mamę do królewskiej garderoby, gdzie zapach drogich materiałów i krochmalu unosił się w powietrzu.
Na aksamitnym krześle czekał już przygotowany surdut dziecięcy. Był wykonany z najszlachetniejszej, ciemnogranatowej wełny, z eleganckim kołnierzem z czarnego aksamitu. Krawiec dworski, z metrem krawieckim przewieszonym przez szyję, pomógł Krzysiowi założyć to wyjątkowe ubranie. Surdut był idealnie dopasowany — zapinany na dwa rzędy lśniących, złotych guzików, na których widniał mały grawer C.K..
Krzyś przejrzał się w wielkim, pozłacanym lustrze. Wyglądał teraz niezwykle poważnie i dumnie. Surdut sięgał mu niemal do kolan, a sztywne mankiety dodawały mu powagi, jakiej wymagał protokół w Hofburgu. Mama poprawiła mu kołnierzyk, a w jej oczach pojawił się błysk dumy.
— Wyglądasz jak prawdziwy następca tronu — szepnęła, wygładzając materiał na jego ramionach.
Nawet leśniczy, który stał w progu, pokiwał z uznaniem głową. Choć sam wolał swój zielony strój, wiedział, że w Wiedniu ubiór jest jak pancerz — pokazuje, kim jesteś i jaką pełnisz rolę w Imperium. Krzyś wyprostował się, poczuł, że w tym surducie jest gotowy na każde wyzwanie, jakie postawi przed nim Cesarz Franz Joseph.
Krzyś, ubrany w swój nowy, elegancki surdut dziecięcy, ruszył wraz z Księciem Rudolfem w stronę słynnych cesarskich stajni. Choć znajdowali się w samym centrum Wiednia, zapach świeżego siana i czystej skóry natychmiast przypomniał im o przygodach w Bawarii. Jednak te stajnie nie przypominały zwykłych zagród — miały wysokie, sklepione sufity i marmurowe poidła.
Gdy tylko weszli do środka, usłyszeli radosne rżenie. W boksach stały najszlachetniejsze konie świata — śnieżnobiałe Lipicany. Ich sierść lśniła w świetle wpadającym przez wysokie okna, a każde zwierzę miało na swojej uprzęży mały, złoty symbol C.K.. Leśniczy, który znał się na koniach jak mało kto, podszedł do jednego z nich i pogładził go po chrapach.
— To są konie, które tańczą dla Cesarza — wyjaśnił Rudolf, wskazując na ogiera o imieniu Maestoso. — Są silne jak te z lasu, ale potrafią poruszać się z gracją baletnicy. Każdy z nich jest trenowany przez lata, by służyć dynastii Habsburgów podczas wielkich parad i uroczystości.
Nagle jeden z masztalerzy podszedł do Krzysia i podał mu szczotkę.
— Młody panie, w tym surducie wyglądasz jak prawdziwy koniuszy! Może chciałbyś pomóc przygotować Maestoso do popołudniowego przejazdu przez miasto? Cesarz Franz Joseph bardzo ceni tych, którzy potrafią zadbać o zwierzęta tak samo dobrze, jak o państwowe dokumenty.
Krzyś, mimo eleganckiego stroju, nie zawahał się ani chwili. Wiedział, że prawdziwy dżentelmen nie boi się pracy, a przyjaźń z tak wspaniałym koniem to wielki zaszczyt. Mama patrzyła z uśmiechem, jak jej syn z powagą podchodzi do wielkiego, białego zwierzęcia, a Maestoso delikatnie trącił go nosem w ramię surduta.
Konie się chwalą swym dumnym krokiem.
Białe jak chmury, silne i rącze,
Z nimi się historia Imperium plecie.
Krzyś w swym surducie, przy białej grzywie,
Patrzy na świat ten bardzo cierpliwie.
C.K. na siodle, blask w każdym oku,
To najpiękniejszy moment w tym roku.
Po wizycie w gwarnych stajniach, Książę Rudolf poprowadził Krzysia i jego Mamę przez ciche, wyłożone dywanami korytarze w stronę Kaplicy Cesarskiej. Gdy tylko przekroczyli jej próg, gwar wielkiego Wiednia natychmiast ucichł. Powietrze pachniało tu kadzidłem i starym drewnem, a przez wysokie, kolorowe witraże wpadały smugi błękitnego i czerwonego światła.
Krzyś, w swoim eleganckim surducie dziecięcym, poczuł, że to miejsce jest inne niż wszystkie. Tutaj Cesarz Franz Joseph przychodził każdego ranka, by prosić o mądrość w rządzeniu państwem. Mama Krzysia uklękła na miękkim, czerwonym klęczniku, a Krzyś zrobił to samo tuż obok niej. Złożył ręce i zamknął oczy, czując spokój płynący z tego świętego miejsca.
W ciszy kaplicy słychać było tylko delikatne trzaskanie dopalających się świec. Krzyś pomyślał o wszystkich swoich przygodach — o zielonych lasach Bawarii, o dobrym leśniczym, o potężnych koniach i o żołnierzu w szarej marynarce. Podziękował w myślach za to, że może być częścią tej wielkiej historii i że ma przy sobie tak wspaniałych przyjaciół.
Książę Rudolf stał nieco z tyłu, z pochyloną głową. Wiedział, że dla każdego władcy i każdego rycerza chwila modlitwy i skupienia jest najważniejszym momentem dnia. To tutaj zbiera się siły do wielkich czynów. Gdy Krzyś otworzył oczy, zobaczył, że na ołtarzu lśni mały symbol C.K., przypominający, że całe Imperium jest pod opieką niebios.
Kiedy wyszli z kaplicy, Krzyś czuł się lżejszy i gotowy na nowe wyzwania. Wiedział, że teraz, z czystym sercem, może wrócić do pomagania Cesarzowi w przygotowaniu wielkiej wystawy.
Po wyjściu z kaplicy, Książę Rudolf skinął na Krzysia. — Chodź, przyjacielu. Zanim otworzymy naszą wystawę, musisz zobaczyć coś, co daje nam siłę do dbania o te wszystkie lasy i miasta. — Zaprowadził Krzysia, jego Mamę oraz leśniczego do najpilniej strzeżonej części pałacu: do Cesarskiego Skarbca.
Przeszli przez potężne, stalowe drzwi, za którymi panował półmrok, rozświetlany jedynie przez precyzyjne reflektory skierowane na szklane gabloty. Krzyś aż wstrzymał oddech. W centralnym punkcie, na czerwonym aksamicie, spoczywała Korona Austriacka. Lśniła tysiącami diamentów, wielkimi rubinami i perłami wielkości orzechów. Obok niej leżało berło i jabłko panowania, wszystkie oznaczone dumnym symbolem C.K..
— Widzisz te klejnoty? — zapytał cicho Rudolf. — One są piękne, ale ich prawdziwa wartość polega na tym, że symbolizują jedność wszystkich ludzi w naszym państwie. Od żołnierza w szarej marynarce, którego spotkaliśmy, po leśniczego z bawarskich gór. Każdy z nich jest jak jeden z tych małych kamieni w koronie.
Krzyś poprawił swój surdut dziecięcy i podszedł bliżej. W odbiciu szyby zobaczył siebie — małego chłopca, który w ciągu kilku dni stał się ważnym gościem na dworze. Nagle do sali wszedł sam Cesarz Franz Joseph. Nie miał na sobie korony, lecz zwykły mundur wojskowy, co sprawiało, że wyglądał bardzo skromnie przy tych wszystkich bogactwach.
— Krzysiu — powiedział Cesarz, kładąc dłoń na ramieniu chłopca. — Skarby w tej sali są martwe. Prawdziwe skarby to lasy, które sadzicie, i drogi, które budujecie. Czy jesteś gotowy, aby otworzyć naszą Wielką Wystawę Leśną dla mieszkańców Wiednia? Wszystko jest już przygotowane na dziedzińcu!
Nadszedł wielki finał. Cesarz Franz Joseph, Książe Rudolf i Krzyś w swoim nienagannym surducie dziecięcym wyszli na główny balkon pałacu Hofburg. Przed nimi rozpościerał się widok na ogromny plac, wypełniony tysiącami mieszkańców Wiednia. Gdy tylko pojawili się na balkonie, tłum wiwatował tak głośno, że aż zadrżały szyby w oknach.
Nagle zapadła cisza. Dyrygent cesarskiej orkiestry uniósł batutę i po chwili powietrze wypełniły potężne dźwięki hymnu: "Gott erhalte, Gott beschütze..." (Boże zachowaj, Boże chroń). Krzyś stał wyprostowany, czując, jak duma rozpiera mu pierś. Widział Mamę, która ze wzruszeniem trzymała rękę na sercu, i leśniczego, który stał na baczność obok żołnierza w szarej marynarce.
Muzyka płynęła nad miastem, łącząc wszystkich — od bogatych mieszczan po robotników budujących kolej. Krzyś zrozumiał, że te słowa to nie tylko pieśń, ale obietnica opieki nad każdym domem, każdym drzewem w lesie i każdym dzieckiem w Imperium. Gdy wybrzmiały ostatnie nuty, Cesarz spojrzał na Krzysia i skinął głową.
— Teraz, mój młody przyjacielu, czas pokazać światu owoce waszej pracy. Wystawa leśna zostaje otwarta!
Krzyś chwycił złote nożyczki podane na poduszce i przeciął wstęgę w barwach C.K.. W tym samym momencie w górę wystrzeliły setki białych gołębi, a na dziedzińcu ruszyły fontanny. Ludzie ruszyli oglądać wspaniałe makiety lasów, nowoczesne maszyny i piękne konie, które Krzyś pomagał przygotować. To był dzień, którego nikt w Wiedniu nigdy nie zapomni.
W wielkim mieście i we lesie.
Krzyś na zamku, w pełnej chwale,
Słucha nut, co brzmią wspaniale.
Złote orły, flagi w górze,
Koniec lękom, koniec burzy.
Boże chroń nam ten kraj cały,
By był wielki, by był trwały!
Po hucznych uroczystościach w Wiedniu, Cesarz Franz Joseph zaprosił Krzysia, jego Mamę oraz wiernego leśniczego do swojego ulubionego miejsca — letniej rezydencji i domku myśliwskiego w Bad Ischl. Podróż pociągiem przez góry była magiczna, ale to, co zobaczyli na miejscu, zapierało dech w piersiach.
Domek nie był wielkim pałacem, lecz piękną, drewnianą budowlą ukrytą wśród gęstych świerków i modrzewi. Ściany zdobiły poroża jeleni i rzeźby w drewnie, a w wielkim kominku wesoło trzaskał ogień. Krzyś, wciąż mając na sobie swój elegancki surdut dziecięcy, poczuł, że tutaj etykieta jest nieco luźniejsza. Cesarz zamienił swój mundur na wygodną, zieloną marynarkę myśliwską i założył kapelusz z pędzelkiem.
— Tutaj, Krzysiu, odpoczywam od rządzenia — powiedział Cesarz, prowadząc chłopca na taras, z którego rozpościerał się widok na krystalicznie czyste jezioro i ośnieżone szczyty Alp. — W tym domku liczy się tylko natura i spokój. Ale nawet tutaj czeka na nas zadanie. Podobno w pobliskiej dolinie widziano rzadkiego, białego jelenia, który potrzebuje naszej pomocy, bo zaplątał się w stare sieci kłusowników.
Krzyś poczuł dreszcz emocji. To była misja w sam raz dla niego i leśniczego! Mama przygotowała prowiant na drogę, a Książę Rudolf przyniósł lornetkę. Wszyscy poczuli, że choć są gośćmi władcy, w lesie wszyscy są równi wobec praw natury. Krzyś wyprostował się, poprawił guziki surduta i spojrzał w stronę gęstwiny, gdzie czekała nowa przygoda.
Cesarz swój domek w ciszy buduje.
Z drewna i kamienia, w zieleni ukryty,
Tu odpoczywają wielkie zaszczyty.
Krzyś patrzy na góry, na lasy i wodę,
Podziwia natury przedziwną urodę.
Surdut granatowy, lecz serce zielone,
Wszystkie troski świata są tu oddalone.
Kiedy Krzyś podszedł bliżej rezydencji w Bad Ischl, zrozumiał, o czym mówiła jego Mama. To nie był zwykły, surowy zamek z grubymi murami. To był niby dom, niby pałac. Budynek miał kształt litery „E”, co miało przypominać imię Cesarzowej Elżbiety, którą wszyscy nazywali Sissi. Ściany miały kolor ciepłego, żółtego piasku, a białe kolumny dodawały mu królewskiego blasku.
Wewnątrz, zamiast ogromnych i pustych sal tronowych, Krzyś zobaczył pokoje pełne pamiątek. Na ścianach wisiały setki obrazów przedstawiających lasy i góry, a na półkach stały figurki z porcelany. Cesarz Franz Joseph czuł się tutaj najlepiej, bo mógł zdjąć ciężką koronę i po prostu usiąść przy biurku z widokiem na ogród. Leśniczy zauważył, że nawet klamki w drzwiach miały kształt gałązek dębu, co bardzo mu się spodobało.
— Widzisz, Krzysiu — szepnął Książę Rudolf, oprowadzając chłopca po korytarzach — pałac to miejsce dla Cesarza, ale ten dom jest dla człowieka. Tutaj jemy wspólne śniadania, a wieczorami słuchamy opowieści o dawnych wyprawach. W Twoim surducie dziecięcym wyglądasz tu idealnie, bo łączysz w sobie elegancję dworu z ciekawością odkrywcy.
Nagle, zza rogu wybiegły dwa duże psy myśliwskie, które radośnie powitały gości. W tym „domu-pałacu” panowała atmosfera radości. Jednak gdy Krzyś wyjrzał przez okno, zauważył coś niepokojącego. Na skraju lasu, tuż za pięknie przystrzyżonym trawnikiem, mignął biały cień. Czy to był ten rzadki, biały jeleń, o którym wspominał Cesarz? Zwierzę zdawało się zaglądać prosto w okna pałacu, jakby szukało ratunku u samego władcy.
Zanim wyruszyli na poszukiwania białego jelenia, Cesarz Franz Joseph klasnął w dłonie i zawołał swojego osobistego krawca. — Nasz młody gość nie może iść w góry w miejskim surducie! — oznajmił z uśmiechem. Po chwili Krzyś otrzymał wyjątkowy prezent: tradycyjny strój myśliwski, dokładnie taki, jaki noszono w tych stronach od pokoleń.
Krzyś przebrał się z pomocą Mamy. Teraz miał na sobie śnieżnobiałą, lnianą koszulę, a na nią założył porządną kurtkę z lodenu — specjalnej, szarej wełny, która nie przemakała nawet w największym deszczu. Do tego dostał skórzane szorty z pięknymi haftami i, co najważniejsze, mały, zielony kapelutek z ozdobnym pędzelkiem z koziej sierści, zwany Gamsbart.
Gdy Krzyś wyszedł na dziedziniec, leśniczy aż gwizdnął z zachwytu. — Teraz wyglądasz jak prawdziwy syn gór! — zawołał. Nawet żołnierz w szarej marynarce, który pilnował bramy, zasalutował z uznaniem. W tym stroju Krzyś czuł się lekki i gotowy do biegania po skałach. Lodenowa kurtka była miękka, a szorty pozwalały na swobodne skakanie przez strumyki.
— To jest mundur strażnika przyrody — powiedział poważnie Cesarz, sam ubrany w niemal identyczny zestaw. — W tym stroju nie jesteśmy panami lasu, lecz jego częścią. — Razem z Księciem Rudolfem ruszyli ścieżką pod górę, w stronę miejsca, gdzie ostatnio widziano białego jelenia. Krzyś czuł zapach żywicy i mokrej trawy, a jego nowe buty pewnie stąpały po kamienistym szlaku. Nagle, wysoko nad nimi, usłyszeli trzask łamanej gałęzi. Coś dużego poruszało się w gęstwinie kosodrzewiny.